księga gości


2011
kwiecień
luty
2010
sierpień
czerwiec
kwiecień
marzec
2008
grudzień
październik
sierpień
maj
marzec
styczeń
2007
grudzień
październik
czerwiec
luty
2006
grudzień
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń



ci których
Nezzu
Łusi
Aga Pe
Akwarelka
Aischa-nee-chan
Abygail

przyszedł mi do głowy wiersz który zaczyna się tak:
I have tokens of affection for you
aplenty;

I have trinkets and baubles
and I find them beautiful
but only you
could ever make them truly shine;

I have a handkerchief
held clean and crisp
for when you sneeze 
(with such grace!);
and a 'God bless you',
though you expect none.

I have an apple with me,
always,
in case you feel hungry;
and in any case, it keeps the doctor away,
making it one less person 
for me to be jealous of;

and I also have water,
so your voice doesn't give
if you choose to speak to me.

I have those flowers you love
and that song you like
and razor-sharp wit to direct at those you hate;

and the scene of that time, 
you remember? I do;
when you said 'you so funny'
and we both laughed,
though i was being so, so serious.

2011-04-20 01:50:15 skomentuj (0)
egzorcyzmowanie blogiem
przeczytałem ostatnio u neila gaimana o tym jak to pisał kiedyś cośtam żeby wygonić wewnętrzne demony i to nawiązywało potem do faktu że zobaczył te słowa u kogoś na tatuażu, co mi przypomniało ponownie że naprawdę naprawdę chciałbym tatuaż ale ze względu na to czy na tamto zawsze w siebie wątpię i nie wiem co dany tatuaż miałby być. ale to jest off-topic. topic jest ten że neil gaiman coś pisał żeby egzorcyzmować i to jest właściwie to co ja teraz robię, piszę żeby przestać myśleć. 

zastanawiam się czy już tego kiedyś nie pisałem, ale kiedy się zastanawiam to przestaję pisać żeby pomyśleć, a to jest sprzeczne z ideą więc niech już będzie.

to są zawsze takie kalki emocjonalne, te wpisy na tym blogu, przykładasz blog do yaqi'ego i pocierasz ołówkiem i wychodzi kalka. połowa tych kalek (kalk?) jest zawsze o tym do czego są kalki, co czyni z kalki meta-kalkę. właściwie nie wiem kto jeszcze używa kalki w tych czasach, może lepiej byłoby napisać 'ksero', ale jak się nad tym zacznę zastanawiać, to przestanę pisać żeby się zastanowić, a to jest sprzeczne z ideą, więc niech już będzie.

w zasadzie zdaje się że ważniejsze od nawet treści jest samo to pisanie, pokazanie sobie że się coś w sobie ma co możnaby w słowa zamienić, co nie jest powietrzem i ekskrementem, ale właściwie co to pokazuje? pokazuję sobie że mam siłę introspekcji i potrafię się zrozumieć, o tyle o ile. to jest właściwie taki strumień świadomości i może to jest właśnie celem; że mam świadomość, że mogę zarejestrować to że myślę bo myślę więc jestem. wiec niby auto-afirmacja. więc może to ważne, więc może to cenne, ale może też - o czym świadczy fakt że muszę auto-afirmacji szukać w zapisywaniu strumieni, że nie afirmuję się w życiu, po prostu - może po prostu jest właśnie za proste. może potrzebuję skomplikowania. 

yin (to moja współlokatorka, która może gdyby miała zainteresowanie to by to mogła przeczytać, nie zrozumieć, ale przeczytać choć i zobaczyć 'tak, on ma wewnętrzne życie', ale wątpię żeby miała, bo ją interesuje głównie ona. nie można jej za to winić, ona jest dość interesująca. nie boję się tego napisać bo wątpię żeby mogło dotrzeć to do niej.), w każdym razie yin zawsze mówi że za dużo myślę, albo raczej że ona tak nie analizuje jak ja, ale to podobno właśnie to jest medytacja, auto-analiza nie-wartościująca, a medytacja buduje mózgi, tak mi powiedział internet, więc właściwie czemu nie. nie afirmuję się zazwyczaj, ale nauczyłem się się akceptować, może nie kocham się jeszcze ale lubię się dość nawet, cenię swoje myślenie jakie by ono nie było.

ale może to za skomplikowane wręcz.

w każdym razie, tyle tytułem meta-kalek. 

piszę o egzorcyzmowaniu bo potrzebuję wyczyścić umysł z myśli o pewnej dziewczynie. to jest sam w sobie symptom, który sygnalizuje o co chodzi w tej notce, chociaż nie jest to właściwie nic nowego bo ponad połowa mojego życia jest spędzona na myśleniu o dziewczynach. kluczowy jest fakt że raczej niż jakoś tak abstrakcyjnie, myślę dość konkretnie o tej pewnej. (ponownie, nie boję się jakoś specjalnie tego pisać bo nie wiadomo mi żeby czytywała tego bloga, nawet jeśli teoretycznie mogłaby bo zna polski; to już jest straszny klucz ale sza)

nie żeby to niezdrowe myśli były, bo są to myśli dość szczęśliwe, takie pół-różowe, myśli jak leniwe niedzielne popołudnie na słońcu, ale nie mogę spać przez nie i wolałbym być może mieć myśli bardziej realistyczne trochę bo choć lubię marzyć to nie lubię jak mi się marzenia rozpadają, i mimo że w zasadzie marzenia to nie są takie rzeczy myśląc o których liczysz na fakt że się rozpadną, to jednak nauczony doświadczeniem... et ceatera et caetera. 

więc pomyślałem że wstanę i wyegzorcyzmuję, i przypomniał mi się neil gaiman. znając neila gaimana, on wyegzorcyzmowałby w krótkie opowiadanie o kadencji i teksturze starej porcelany, pisane językiem prostym i oczywistym i po przeczytaniu tego opowiadania pokiwalibyśmy głowami i westchnęli głośno 'a więc to tak...', i żałowali że to już koniec. ale ja nie umiem pisać opowiadań więc mogę tylko opowiedzieć o tym opowiadaniu które bym napisał gdybym pisywał opowiadania.

byłoby to opowiadanie o chłopcu i o dziewczynie, i zawierałoby motyw drogi. w którymś punkcie byłby obłok dymu, którego pół byłoby blond a pół w kolorze gumy balonowej. byłoby bardzo melancholijne, ale mimo wszystko po jego przeczytaniu pokiwalibyśmy głowami i zadumali się. być może miałoby dedykację, ale też dość prawdopodobne jest że nie miałoby, bo w połowie dedykowania zabrakłoby mi odwagi i przerobiłbym niedoszłą dedykację na niewielki zgrabny bazgroł. być może od tego wartość manuskryptu wzrosłaby, a może zmalała, ale prawdopodobnie nie, bo co za wartość ma opowiadanie które nawet nie istnieje, a jest tylko sugerowane w blogonotce pisanej późną nocą żeby wyegzorcyzmować z głowy natrętne myśli o pewnej dziewczynie...




to powiedziawszy, chciałbym mieć nadzieję, drodzy moi, i w ogóle 'please please please let me get what i want'.

2011-02-01 04:00:17 skomentuj (4)
re: maemuki
jest coś takiego w życiu że patrzy się ciągle w przód, a ja bym chciał żeby odnaleźć sposób na życie jakiś który jest ponad czekanie na jutro, potem na poniedziałek, potem na środę, potem na początek roku szkolnego, potem na święta pewnie, potem Bóg jeden wie co.

po japońsku, jest zwrot 'maemuki', dosłownie 'bycie zwróconym w przód', oznaczający 'optymizm'. nie wiem czy to celne.

2010-08-19 18:48:16 skomentuj (6)
hito toshite
Nie wiedzieć kiedy włosy mi odrosły i znowu mam długie. 

(edit: przypomniałem sobie co chciałem. chciałem Foltkowi kudosy przekazać i propsy za bycie słownym i zerżnięcie notki jak obiecał. obczajcie, zacny chłopak jest Foltek.)

To znaczy, długie... do ramion z grubsza jak mokre, rozumiesz. Nie wiem czy to warte jest notki, ale w tym roku jakoś lubię swoje włosy. Aczkolwiek od kiedy odrosły, same problemy - dwa razy dłużej schną; pomijam fakt że w Kioto akurat pora deszczowa, przez co schną cztery razy dłużej; i że jest lato, więc zanim wyschną to idzie się spocić, przez co schną osiem razy dłużej. 

(założyłem że czas schnienia rośnie wykładniczo, a nie na przykład liniowo. jak tak lepiej pomyśleć to zdaje mi się że powinno rosnąć co najwyżej logarytmicznie, ale nie bardzo wiem jak to zbadać ani czy jest sens rozważać to w takich kategoriach tak że niech zostanie. kończę dygresję.)

Więc myślę sobie, że może dobrze by obciąć trochu. tak o połowę, żeby do oczu nie właziły, i nie klapły pod własnym ciężarem. lubię jak mi się bardziej kręcą niż teraz mi się kręcą. ale z drugiej znowu strony, teraz dopiero jest grzywa, bardzo dostojnie. ktoś powiedział nawet że 'cute', a jak noszę w dwa kucyki to w ogóle miód. i tak się plączę.

to było z cyklu, co też mi ostatnio tumult sprawia mentalnie. 

dalej będzie w podobnym duchu, ale dla odmiany o dziewczynach. nie wiem kto to czyta, ale spoiler warning w każdym razie...

pisałem już poprzednio, ale ciągle coś odkrywam albo refleksjonuję. 

(polecam Roberta A. Heinleina 'Obcy w obcym kraju' (Stranger in a strange land'), gdzie wprowadzone jest słowo 'grokować', co znaczy 'rozumieć po długim nakładzie czasu spędzonego na przemyślaniu i przetwarzaniu informacji'. w przeciwieństwie do tego jest słowo 'zenować', czyli rozumieć nagle bez specjalnego związku z niczym, mieć objawienie.)
[to znaczy nie dosłownie to znaczy, 'grokować', ale tak używam]

otóż wyzenowałem niedawno, że ja do dziewczyn mam dziwne szczęście. przez całe życie dopadają mnie takie obsesje, dzikie niezrealizowane, nierealizowalne, pożądania na punkcie, danej osoby, niezrozumiale, bezpodstawnie. w mojej głowie wówczas jesteśmy as good as married, i tak taki unilateralny związek kwitnie, ale nie realnie, a wewnątrz jakiegoś headspace'u. czuję że jest to jakiś rodzaj samo-obłudy, niepokrywania się psychicznego ze światem na zewnątrz głowy...

mam tak co raz, licznie w dotychczasowym życiu - i wszystkie realne związki wynikały z tego że jakoś, spontanicznie, obsesje zdawały się pokrywać, działać w obie strony, szczęśliwie. teraźniejszemu mnie 

(japoński mi się na mózg rzuca, uwielbiam japońską składnię. po japońsku byłoby to 'temu mnie, który przynależy do teraźniejszości' i byłyby to dwa słowa.)

zdaje się ten system być jakoś dogłębnie wadliwym, skażonym. dlaczego nie można kogoś po prostu lubić i tego brać jako punktu wyjścia do poznania się lepiej, może zawiązania związku; dlaczego trzeba wychodzić od mrocznej zazdrosnej obsesji, milczącej i głupiej, która sprawia że zachowuję się jakbym miał dwanaście lat a nie prawie bez mała dwadzieścia dwa. 

od kiedy mam tego bloga, raz po raz piszę i podpowiadam sobie że pierwszym krokiem w stronę rozwiązania problemu jest zdanie sobie sprawy że jest problem. well, z tego punktu obiecuję sobie rozpieprzyć ten problem w drobny mak. przestanę być głupi i ciągać Koreankę za warkocze, szukać pretekstów żeby przebywać z Australijką*. wezmę się w pierdoloną garść i zaproszę M. do kina, na kolację.

Hito toshite jiku ga bureteiru (burebureburebure) to shitemo, 

Mou bure bure ningen demo kitto, kimi ga itara, kawaru? 

===
* well, w duchu pełnego ujawniania, Australijkę zdołałem wkurwić totalnie i nie rozmawiamy. pewnie to i lepiej, aczkolwiek szkoda że nie przyjdzie na urodziny.

2010-06-26 18:24:26 skomentuj (1)
ludzie jak
cześć. chciałem spać, czując po aikido ból całego ciała, ale nie mogę, bo dręczy mnie ból - niefizyczny.

w tym bólu, jak w przypadku wielu poprzednich, przebiła mi się jedna myśl, o którą oprę notkę. 

ta myśl była: 'ludzie tacy jak ja mają małe marzenia'. potem pomyślałem że to brzmi jakby w niedopowiedzianej opozycji, ludzie tacy jak ja - ludzie tacy jak Ty. 

pomyślałem sobie jak bardzo marzę żeby ktoś się zainteresował jaki jest mój ulubiony zespół. pomyślałem że z przyjemnością opowiedziałbym dlaczego Saturday Night Church jest najlepszą piosenką wszechczasów. albo ile czasu zajęło mi wymyślenie tego zdania które właśnie czytasz, i dlaczego. (dlatego że zdecydowanie muszą być trzy przykłady, ale każdy trzeci był albo za blisko albo za daleko albo zbyt banalny albo...)

przyszło mi teraz że właśnie dlatego ludzie piszą blogi, nie? pamiętniki. żeby opowiedzieć Ci o takich sprawach, o które nikt nie pyta a które muszą opowiedzieć bo inaczej umrą. może powinienem zdać sobie z tego sprawę, zamiast z własnej woli powolutku umierać z nieopowiedzenia o ulubionej bajce z dzieciństwa.

gdzieś w międzyczasie zgubiłem wspomnianą opozycję. jestem przekonany że to nic aż tak idiosynkratycznego, każdy by chciał żeby się nim zainteresowano. 

[to trochę głupie że nie mogę nawet pojęczeć na to co mnie boli bez myśli 'ale to przecież nic nowego, ale to przecież nic dziwnego'.]

mam taki rozum który sprawia że co krok coś 'odkrywam'. a to odkrywam że faktycznie łatwiej jest porzucić niż zostać porzuconym, a to że karma gryzie, a to co to znaczy 'nie wiem czy mogę Ci znów zaufać', a to o czym śpiewa dexter jak śpiewa self-esteem. odkrywam że sakura jest piękna, dowiaduję się że 'keizai' pisze się tak-a-tak, jak nazywa się ten wulkan co wszystkim krew psuje, doktora who, better off ted... to są wszystko rzeczy które wszyscy wiedzą ale dopóki nie wiem ich ja sam z siebie to są jakby mniej prawdziwe.

mam małe marzenia, żeby mieć chcenie grania na gitarze. żeby ktoś mnie spytał o najlepszą książkę ever. żeby mieć palce zajęte cudzymi palcami, cudzą skórą - nie swoją własną. nie mam marzeń o małżeństwie.

miałem najlepsze pół tygodnia od pół roku. teraz mam ból niefizyczny.


teraz powiem o aikido, tak dla Eli - to jest tak jakby serce wiedziało co ma robić, ale ciało nie nadąża. to frustrujące. 

ale kiedy wracam z treningu, biorę prysznic, wchodzę pod kołdrę - wiem że jutro nie będę czuł nóg. ale jest okej.

2010-04-20 17:39:31 skomentuj (7)